Dziś chcę się z Tobą podzielić efektem wychodzenia poza ramy swojego doświadczenia, poza to, co wiem i rozumiem. Chcę odnieść się do obszaru, który jest najczęściej pomijany, czy nawet lekceważony przez trenerów rozwoju osobistego. Ja natomiast od pewnego czasu aktywnie eksploruję ten obszar, który właściwie towarzyszył mi od zawsze a dopiero niedawno "przypomniałem" sobie o nim. Oczywiście mówię tu o duchowości chrześcijańskiej. Tak, to ja mówię :). Opiszę to opierając się na konkretnym wydarzeniu. Zapewne to, co opiszę nieraz przytrafiało się też Tobie, kiedy doświadczałeś/aś zawodu w kontakcie z kimś, komu udzieliłeś/aś kredytu zaufania. Nie jest to nic nadzwyczajnego - każdemu przytrafiają się takie sytuacje. Jednak bardzo istotne jest to, co się wydarzyło później. Zanim jednak do tego przejdę, opowiem Ci trochę o tej sytuacji. Otóż niedawno miałem rozmowę, która dotyczyła między innymi moich osobistych spraw. Jednak podczas tej rozmowy mój rozmówca zachowywał się tak, jakby nie miał kontaktu ze mną a moje osobiste doświadczenie było obszarem, po którym można się poruszać bez zwracania uwagi na to, jak ja się z tym czuję. Wyglądało, to tak, jakby coś nie zostało głośno wyrażone w naszej relacji a miało miejsce. Oczywiście poinformowałem go o swoich odczuciach i powiedziałem, że sposób w jaki prowadzi ze mną rozmowę mi nie odpowiada. Mówiąc o tym trochę urealniłem to, co między nami się działo. Zachował się wtedy tak, jakbym zrobił w ten sposób coś niewłaściwego a nawet, jakby był tym zgorszony. Nie wchodząc już dalej w szczegóły doszło w końcu do konfrontacji i ujawnienia ocen/wyobrażeń, jakich nie wyrażał wprost mój rozmówca wcześniej. Jak się łatwo domyślić, zaowocowało to zerwaniem relacji. Ot takie tam zdarzenie, jakie przydarza się wszystkim, którzy poznają nowych ludzi i ryzykują z nimi wejście w bliższe relacje - terapeutom też się to zdarza :). Nic więc niezwykłego, ale to, co działo się dalej zasługuje na szczególną uwagę. A zatem zostałem z poczuciem poirytowania, momentami oburzenia, zawodu... Jednak od czasu, gdy zanurzam się coraz bardziej w duchowości chrześcijańskiej, moim nawykiem stała się modlitwa w takich sytuacjach. Po niej poczułem uspokojenie, później położyłem się spać, ale rankiem obudziłem się jeszcze z lekkim "ukłuciem w sercu". Znowu zwróciłem się do Boga w modlitwie i następnie zapomniałem o sytuacji. Po południu wróciła pamięć, ale w zupełnie inny sposób niż to miało miejsce wcześniej. Pojawił się głęboki spokój i bardzo jasny wgląd w to, co się wydarzyło. Uświadomiłem sobie jakie intencje towarzyszyły nam podczas prowadzenia tej rozmowy. Uświadomiłem sobie "za czym" byliśmy rozmawiając. Nie "przeciw komu, czemu", ale "za czym". Wyraźnie zobaczyłem, że byłem za:
wyrażaniem uczuć, za szacunkiem dla nich, za dzieleniem się wiedzą, doświadczeniem, za pogłębianiem relacji, budowaniem pewnej intymności, za byciem "tu i teraz"... Natomiast u swojego rozmówcy rozpoznałem, że był schowany za swoimi "racjami", za swoim sposobem widzenia, że był za swoim bezpieczeństwem, gdyż ignorując intymność relacji "chronił" siebie...W tym doświadczeniu, zamiast, jak wcześniej przeżywać poirytowanie, oburzenie itd. poczułem głębokie współczucie i pokój w sercu a także wewnętrzne umocnienie. Nie wiem, co jeszcze wypłynie z tej sytuacji, ale to, co się już pojawiło jest kolejnym, znaczącym dla mnie dowodem mocy Modlitwy i obecności Boga w moim życiu. Oczywiście wiedza psychologiczna też się przydaje :)
Pozdrawiam Cię serdecznie i zapraszam do komentowania, też podzielenia się swoim doświadczeniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz